CHMURY NAD DETROIT

1.0

Pierwszy raz w życiu widziałem ogniową burzę. Stojąc przy oknie, patrzyłem, jak słup czerwonych płomieni omiatał obrzeża Detroit. Przypominał mop myjni samochodowej zwisający z chmur, głaszczący i podpalający w kłębach gęstego dymu wszystko, co wyrastało z ziemi. Tornado wyrywało drzewa rosnące obok niskich domów i spopielało je w okamgnieniu. Zjawisko zbliżało się do naszego osiedla, więc mieszkanie przestało być bezpieczne.

Co ze sobą zabrać? Miałem na decyzję trzydzieści sekund. Tyle czasu wyznaczyłem na dodatkowe wahanie. Musiałem ratować przede wszystkim siebie. Telefon komórkowy miałem w kieszeni, więc co jeszcze? Jasne, opakowanie witaminy B w zastrzykach stosowanej w zespole Wernickego-Korsakowa. Słaba pamięć powoduje, że zapominasz o lekach, którymi ją leczysz. Błędne koło. Zatem szybkim susem dotarłem do regału i wyjąłem z szuflady pudełko. Wcisnąłem je do drugiej kieszeni spodni. Teraz miałem na tyłku dwa prostopadłościany przebijające się przez obcisłe dżinsy.

Nazywam się Nicolas. Tracę pamięć przez nałóg. Zamiłowanie do alkoholu, bo tak to trzeba nazwać, wywołało u mnie amnezję. Dopiero diagnoza lekarska spowodowała, że znienawidziłem przedmiot swojego uwielbienia. Nienawidziłem wszystkiego, co miało w sobie jakieś stężenie trucizny, za to rozmiłowałem się w świetlistym aniele, który karał mnie co dzień ognistym mieczem. Wypalał mi na korze mózgowej bolesne znamię. Zawsze miałem wybór, mogłem sięgnąć po znieczulenie, albo przyjaźń ze zjawą. Z istotą przyjazną, ale surową.

Zbiegłem po schodach na zaniedbany betonowy parter i wyskoczyłem na podwórko. Wraki samochodów elektrycznych zasłaniały właz do schronu. Został zbudowany zaraz po tym, jak Detroit wstało z kolan po poprzednim upadku. Mieliśmy nadzieję, że obiekt nie będzie nigdy potrzebny, dlatego został zagospodarowany w cywilizowany sposób. W każdą niedzielę odbywały się tam kursy tańca. To było ważne dla Cindy.

Pamiętam jak dziś:

– Zapiszemy się razem na tango? – szepnęła do ucha.

Przyłożyła policzek do mojego i patrzyła, jak wprowadzam ciągi liczb do terminala. Włamywałem się do instytucji finansowej zajmującej się portfelami kryptowalutowymi. Zignorowałem gest mojej dziewczyny. Byłem pochłonięty pracą i nie lubiłem, gdy mi ktoś przerywał. Właśnie przejmowałem rejestr wart trzy tysiące dolarów. Portfel oderwał się w cyberprzestrzeni od właściciela i był praktycznie nie do odzyskania przez zwykłego speca od bezpieczeństwa. Jednak byli na świecie ludzie, którzy to potrafili. Uśmiechnąłem się na samą myśl o swoich wyjątkowych umiejętnościach.

Usłyszałem za sobą głos:

– Patrz, Nicolas, patrz!

Odwróciłem się. Cindy tańczyła w czerwonej sukience z falbaną głaszczącą kostki. Uśmiechnąłem się delikatnie i spojrzałem znowu w monitor.

Tydzień później się wyprowadziła. Zostawiła w szafie suknię. Chyba zrobiła to z premedytacją.

Czerwony płomień buchnął mi przy uchu w chwili, w której zamykałem właz. Gdy zszedłem po metalowej drabince na betonową podłogę, zapaliło się chłodne, niebieskie światło. Dotarłem do skórzanej kanapy, stojącej w pomieszczeniu zaadaptowanym na potrzeby kawiarenki. Z prawej strony siedziska widziałem bar, a naprzeciwko, za przeciwogniowymi drzwiami wielkości wejścia do garażu, znajdowała się sala taneczna. Pierwotnie pomieszczenie sypialne dla stu osób.

Usiadłem na miękkim obiciu. Niestety było na tyle twarde i sprężyste, że poczułem trzask ampułek z witaminą B, a potem wilgoć na siedzeniu. Byłem przerażony. Lekarze ostrzegali mnie, że amnezja zacznie się natychmiast nasilać. Mogłem wrócić do mieszkania, miałem gdzieś jeszcze porcje leku. Chowałem je chaotycznie w różnych miejscach, licząc, że znajdę w najmniej oczekiwanym momencie kryzysu. Witaminę B w zastrzykach można było kupić bez recepty. Gdy jeszcze mieszkała ze mną Cindy, to dbała, bym nigdy nie został bez zapasu lekarstwa.

– Idę jak zwykle do Molocha po mąkę, soję, owoce, i ampułki – mówiła, naciągając but z wysokim obcasem. – Zaraz będę. – W drzwiach znikała szczupła postać odziana w płaszcz z areożelu.

Gdy wracała, odkładała nowe opakowania do komody na sam koniec szuflady a z przodu wyciągała napoczęte pudełko.

– Coś na wieczór! – Uśmiechała się.

Prowadziła rejestr w arkuszu kalkulacyjnym w telefonie. Zapisywała datę w jednej komórce i obok cyfrę, która oznaczała liczbę przyjętych dawek. Jedno oznaczało, że rano nic jej nie umknęło i trzeba było jedynie zadbać, żeby wieczorem przypilnować jeszcze raz. O niczym już nie musiałem pamiętać.

– Grzeczny chłopak, mogę już wpisać dwa – mówiła, całowała mnie w czoło i szła wziąć prysznic przed snem.

Cindy znała mnie bardzo dobrze. Wiedziała, czego nie mówić, by nie nadepnąć mi na ego.  Dbała nie tylko o dawki leków, ale o większość prozaicznych czynności: pranie, gotowanie, sprzątanie.

Gdy na stole postawiła ciasto z mąki ryżowej, cynamonu i jabłek, odrywałem się na chwilę od komputera i zjadałem bez słowa.

W końcu odeszła i czułem się jak osierocone dziecko.

2.0

Spojrzałem w kierunku wylotu bunkra. Brak witaminy B bardzo mnie niepokoił. Wdrapałem się ponownie po drabince z nadzieją, że uda mi się zajrzeć do mieszkania. Właz parzył, więc wróciłem do baru załamany. Na ladzie stała puszka po piwie. Wziąłem ją w dłoń i lekko ścisnąłem. Miękkie tworzywo złożyło się jak kartonik. Namalowany na niej humanoidalny robot implodował do środka odpadka.

Zobaczyłem, że w lodówce stały trzy butelki archaicznego pilsa. Ich temperatura była zbliżona do temperatury pomieszczenia. Urządzenie chłodzące nie miało zasilania. Wetknąłem wtyczkę i usłyszałem szum pompy cieplnej.

Odbiłem kapsel o blat i pociągnąłem łyk. Spokój wypełnił nadwyrężone półkule mózgu. Zamknąłem oczy i oparłem głowę na dłoniach. Ujrzałem w wyobraźni mężczyznę. Jego długie, blond włosy opadały na szpiczaste uszy. Uśmiechnął się łagodnie. Nigdy mnie nie karał, gdy wlewałem w siebie alkohol. Piętnował mnie dopiero wtedy, gdy walczyłem z pragnieniem. Wtedy dawał mi odczuć konsekwencje swoich złych wyborów. W tym doświadczeniu nie było gniewu, tylko sprawiedliwość. Brałem pod uwagę, że anioł mógł być wytworem mojej wyobraźni. Wynikiem napięcia między pragnieniem ulgi a chęcią wyjścia z nałogu. Jedno i drugie z punktu widzenia mózgu wydawało się korzystne, jednak krótkookresowo często wygrywał alkohol.

Upiłem połowę butelki, odsłaniając fragment wewnętrznej strony etykiety z marką piwa. Zawiesiłem wzrok na leżącym na podłodze kolorowym fragmencie złomu i zamyśliłem się.

Wróciłem myślami do dzieciństwa. Kiedy to było? Miałem chyba z czternaście lat. Biegłem ze wzrokiem wbitym ponad dachy domów. Patrzyłem na latarnie, słupy i dźwigi. Osiedle było ukończone, ale za nim prace budowlane wrzały. Kolega z klatki obok krzyknął:

– Nikolas, wymienię puszkę z wczoraj na układ scalony z lat dziewięćdziesiątych.

– Co? Aluminiowa puszka za scalaka? Wiesz, ile warte są te stare opakowania? Prawie wszystkie zostały wyzbierane.

– Dobra, pójdziemy razem szukać? Może z tobą coś znajdę? Ty zawsze masz więcej szczęścia.

– No to chodź!

Kolega był młodszy ode mnie i o wiele niższy. Szliśmy ramię w ramię. Zapuszczaliśmy żurawia w każde zagłębienie, krzaki czy chaotycznie porozrzucane kupki śmieci zebrane przez boty myszkujące po okolicy. Mieliśmy też linkę z gwoździem zgiętym w haczyk. Narzędzie do wyciągania skarbów spod kratek ściekowych.

Mój towarzysz nazywał się Scott. Pochodził z rozbitej rodziny. Prawie codziennie uciekał z domu, choć to określenie było na wyrost, gdyż nikt go nigdy nie szukał. Nauczył się wzbudzać litość.

– Masz tu mały kupon na ciastka, widzę że nikt się tobą nie  zajmuje – starszy pan wyjął portwela z kieszeni i z radością wręczył Scottowi plastikową kartę z kilkoma kredytami do Molocha.

W zasadzie nigdy nie był głodny, a raczej jedzenie było dla niego tym, czym dla mnie palenie papierosów. Po nich zapominałem o tym, że mój ojciec umarł rok temu.

Scott przypominał pluszowego prosiaczka ubranego w ciemne, luźne, polimerowe spodnie i szarą dresową bluzę z grafiką płonącego miasta z przodu.

Ja byłem bardzo wysoki, szczupły i dość silny. Z miesięcznych kieszonkowych wydzielałem sobie na dobrego fryzjera, który strzygł mnie krótko, dopasowując ciemną fryzurę do kształtu głowy. Przeglądałem się wtedy przy każdej okazji w szybach samochodów, dumny z nowego wyglądu i trochę zaniepokojony, czy jest on wystarczająco atrakcyjny. Miałem orli , który mnie niepokoił, bo sprawiał, że wąskie oczy wyglądały nieco drapieżnie

Scott bardzo mnie polubił, gdyż mu imponowałem wiedzą o nowych technologiach i o historii cywilizacji. Traktował mnie jak starszego brata, jednak ja nie odwzajemniałem tak ciepłych uczuć, choć starałem się go szanować. Na pewno zabiłbym każdego, kto by mu zbyt mocno dokuczył. Na tyle mnie było stać. Jedynie tak potrafiłem wyrazić swój pozytywny stosunek do kogoś i poczucie sprawiedliwości.

3.0

Otworzyłem oczy i upiłem kilka łyków piwa. Cindy uratowała mnie na kilka lat od nałogu. Opróżniała regularnie lodówkę z zapasów i dawała wsparcie. Fizyczne – pomagała mi w codziennych obowiązkach, i emocjonalne – nigdy mnie nie oceniała. Mówiła tylko:

– Czuję lęk, gdy sięgasz po alkohol.

Tak sformułowany komunikat czynił cuda. Gdyby to powiedział ktoś inny, stwierdziłbym, że to moje życie i niech się martwi o siebie, ale wiedziałem, że to było także życie Cindy. Nie chciałem, żeby się bała.

W stanie trzeźwości robiłem wszystko, by nie myśleć o alkoholu. Rzucałem się w wir pracy. Nauczyłem się bardzo szybko zarabiać na lukach w cyberprzestrzeni. Na pomyłkach ludzi i systemów. Byłem wytrwały, sprytny i uczyłem się na błędach. Kryptowaluty, dane osobowe, rzadkie wydarzenia mające wpływ na giełdę papierów wartościowych.

Cindy na początku cieszyła się, że mam zajęcie, i że może sobie kupić praktycznie wszystko. Ale z czasem zaczęło brakować jej mojej uwagi.

Pewnego dnia przyniosła do domu kaktusa w doniczce i niepewnie zasugerowała, abym się trochę nim zajął. Podlewał raz na tydzień i nie dopuścił, by zmarniał. Najwyraźniej chciała mnie zmienić. Małymi krokami. Niestety po pół roku w doniczce po roślince nie było już śladu, a w jej miejscu pojawiło się kilka niedopałków.

Cindy pracowała w chińskiej restauracji jako kelnerka. Opuszczała nasze mieszkanie na kilka godzin wieczorem, żeby odpocząć ode mnie i mieć satysfakcję z zarobionych przez siebie pieniędzy. Czasem opowiadała dowcipy, które słyszała od tamtejszego kucharza. Nie wszystkie rozumiałem, były branżowe i ktoś, kto nie pracował w gastronomii znajdował się poza zasięgiem ich rażenia. Gdy Cindy mnie opuściła, domyślałem się, do kogo się wprowadziła.

4.0

Dzieciństwo spędziłem biegając po Detroit. Gdy nie było ze mną Scotta, próbowałem hackować kontenery na aluminiowe opakowanie. Pewnego marcowego wieczora stanąłem za stacją dokującą dla elektryków i obserwowałem, jak służby miejskie otwierały je przy pomocy hasła i przesypywały zawartość do ciemnoszarych plastikowych worków. Tego dnia zostawili pusty, otwarty zbiornik. Nakleiłem na zamek półprzewodnikową taśmę klejącą rejestrującą całą transmisję danych i wróciłem do domu. Po nocnej zmianie znałem już hasło. Ukradłem zawartość, otwierając wcześniej kontener, wpisując ciąg znaków na klawiaturce na ściance stanowiącej drzwi do pojemnika. Następnego dnia zmienili kod, i od tamtej pory nigdy nie zostawiali otwartych kontenerów.

Jednak najczęściej popołudnia spędzałem ze Scottem. Wtedy, gdy obiecałem mu tę puszkę, liczyliśmy na wielkie znalezisko na nowej górze śmieci. Przywiozła ją wywrotka, a materiał pochodził z prac prowadzonych nieco dalej, prawdopodobnie przy okazji wkopywania fundamentów.

Stare gazety, potłuczona ceramika świadczyły, że mieliśmy do czynienia z najczystszą archeologią. Żadnego zniszczonego iPada, tablicy rozdzielczej z elektryka, czy nawet płaskiego monitora. Schyliłem się po puszkę i natychmiast usłyszałem:

– Zostaw to i uciekajcie. Nie chcecie chyba z nami zadzierać?

Na szczycie śmieciowej góry stało trzech chłopaków mniej więcej w moim wieku. Popatrzyłem na Scotta i dałem mu do zrozumienia, żeby zwiewał. Chłopak ruszył w kierunku najbliższej klatki schodowej.

– Ja nie zamierzam uciekać! Jeśli chcecie przejąć rewir, musicie udowodnić swoją przewagę.

Największy z nich miał przywiązane do barku wyłamane ramię robota sprzątającego z wystającymi szczypcami. Napastnik zaczął zbiegać w moim kierunku, jego dwóch kolegów ruszyło za nim.

Wspomnienia za bardzo mnie pochłonęły. Pacnąłem się w policzek, żeby wrócić do teraźniejszości, i dopiłem piwo do końca. Miałem ochotę się położyć, więc bez zbędnego wahania rzuciłem ciało na kanapę.

Próbowałem przypomnieć sobie szczegóły wyglądu Cindy. Zacząłem od blond włosów, ale przed oczyma wyobraźni znowu pojawił się on. Nie wywierał presji, ale domyślałem się, że zależy mu, żebym trochę powalczył ze sobą. Nie miałem już na to ochoty. Pomyślałem, że dwa piwa, które stały w lodówce, już pewnie się schłodziły.

O aniołach dowiedziałem się z aplikacji multimedialnej w dniu pogrzebu ojca. Staliśmy w hali przy wielkim jak ściana regale z urnami pozamykanymi w małych pojemnikach wielkości szkolnych szafek na buty. Było już po ceremonii. Ciotka złożyła mi kondolencje i wręczyła pendrive’a z „Poznaj opiekuna”. W domu uruchomiłem zestaw filmów przedstawiających sugestywne wizerunki postaci przypominających magów. Mogłem z nimi rozmawiać przy pomocy czatu. Dowiedziałem się, że moim duchem opiekunem jest Herphati. Jasnowłosy starzec ubrany w białą szatę i obdarzony ciepłym uśmiechem. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że był kimś zupełnie innym niż mój ojciec…

Myślami wróciłem do wspomnień z wysypiska. Nie czekałem na prowokujące szturchnięcie, uderzyłem pierwszy prosto w nasadę nosa. Szef bandy zalał się krwią. Myślałem, że da za wygraną, ale natychmiast uderzył mnie tak, że metalowy koniec ramienia zawadził mi o skroń, zdzierając skórę.

Usłyszałem za sobą głos Scotta.

– Myślałeś, że cię zostawię?

Niósł ze sobą kij baseballowy. Stanął naprzeciwko krwawiącego chłopaka i się zamachnął. Ten najpierw się zdziwił, a potem zaśmiał.

– Mój ty bohaterze! – powiedział i wyszarpał Scottowi broń.

Wymierzył uderzenie w moją stronę, więc odruchowo zasłoniłem głowę. Niestety kij wylądował mi na splocie słonecznym. Padłem na kolana i dostałem drugi cios w głowę. Potem straciłem przytomność.

Mamo gdzie jestem? Rozejrzałem się po miejscu, którego nie rozpoznawałem. Leżałem na skórzanej kanapie przy barze. Bolała mnie głowa. Niczego nie mogłem już sobie przypomnieć. Zamknąłem oczy.

Powoli podniosłem się z góry śmieci. Puszka, o którą stoczyłem walkę, leżała pod stopami. Chciałem ją zabrać. Zanim zdążyłem się schylić usłyszałem dźwięczny głos:

– Zostaw już to! Szkoda czasu. Idziemy. Już będzie wszystko dobrze.

Stał nade mną długowłosy. Wyciągnął rękę i wtedy szare chmury stały się śnieżnobiałe. Niebo rozbłysło białym światłem i poczułem, że siła grawitacji znikła. Zacząłem się unosić niczym rekwizyt poruszany siłą magika. Leciałem coraz szybciej w stronę jasności, aż stałem się światłem.